Birvidli Pati

Idąc czuł na swoich plecach ciągnący się za nim cień. Było zimno i mroźnie, a jego jedyne okrycie stanowiły zabudowane, czarne buty, spodenki, oraz koszulka. Grube wełniane skarpetki dostał od swojej babci, a długi, beżowy płaszcz kupił za grosze na przecenie. 

Wracał właśnie ze spotkania z już byłą dziewczyną. Ostatnimi czasy nie układało się między nimi. Prędzej, czy później musiał nadejść koniec. Szedł więc wąską uliczką całkowicie wolny. Po jego prawej stronie znajdował się wysoki mur, a po lewej nieprzenikniony mrok. Światło dawały jedynie rzadko rozstawione lampy. Na ciemnym niebie wisiał półokrągły księżyc zawieszony niby w próżni. Od czasu do czasu przesłaniały go czarne chmury. Wówczas było naprawdę ciemno. 

Podążając przed siebie rozmyślał o wydarzeniach ze swojego życia. Wszystko ostatnio było takie zagmatwane i niejasne. Ze znajomymi miał znacznie gorszy kontakt, a jego kot gdzieś zaginął. W głowie wciąż na nowo przesuwały się obrazy poznanej kiedyś przypadkowo dziewczyny. Pamiętał ją dokładnie: jej kruczoczarne włosy, kształtne ciało, oraz spieczone rumieńcem policzki. Znajomość urwała się szybko i nadal nie pojmował co było tego powodem.

Lubił się bać, a strachu ostatnimi czasy bardzo mu brakowało. Wspominał z nostalgią oglądanie horrorów ze znajomymi i strach, przez który musiał wszędzie świecić światło. Te czasy już minęły. Po prostu z tego wyrósł. Tego wieczoru jednak coś się zmieniło. Idąc kilkanaście minut wcześniej poczuł dziwną energię bijącą z domu, który mijał. Przystanął przed nim z ciekawości, lecz nie dostrzegł nic istotnego. Jedynie schody prowadzące na ciemny ganek i nieoświetlone drzwi. Całość wydawała się opuszczona, lecz miał jakieś dziwne przeczucie, że ktoś, lub coś w nim mieszka. Szary budynek z sypiącym się tynkiem, od frontu podtrzymywany kanciastymi, również szarymi filarami. Odchodząc spojrzał na dom jeszcze kilka razy.

Teraz miał w sobie niejasne poczucie, że jest śledzony. Czuł na plecach czyjś wzrok, choć wiedział, że nikogo tam nie ma. Wiedział, że to głupie. Przecież strach ma wielkie oczy. Wiedział też, że nastawiając się na strach jego umysł wszędzie będzie coś widział. Opanował się więc i uśmiechnął. Nic nie zepsuje mi tego dnia – pomyślał. Wierzył w istnienie czegoś więcej, lecz nigdy się w to nie zagłębiał. Śpieszył się do domu, do ciepła. Ciepło bowiem uwielbiał, a w dodatku dzisiejszy dzień był dla niego bardzo wyczerpujący. Odgonił strach wyczytanym kiedyś zaklęciem ochronnym. Z uśmiechem na twarzy powtarzał co chwilę: „Birvidli Pati, Birvidli Pati…”, aż do klatki schodowej. Wbiegł po schodach starej kamienicy na ostatnie piętro i otworzył drzwi do mieszkania. Po wypiciu ziołowej herbaty położył się do łóżka z niejasnym przeczuciem, że śledząca go istota nie była jedynie wytworem jego wyobraźni.

C.D.N.